Piotr Kaszubowski

Z kroniki pięćdziesięciolecia 

Nie urodziłem się w Przasnyszu, ale w szpitalu na Starynkiewicza w Warszawie, pewnej krótkiej, lipcowej nocy. Na czerniejącym nieboskłonie dopiero co wzeszedł księżyc, do którego zmierzał statek kosmiczny Apollo 11, wiozący na pokładzie Neila Armstronga,  Edwina Aldrina i Michaela Collinsa.  Kto wie, może dlatego Srebrny Glob odegrał tak istotną rolę w mojej poezji? Wszak do dziś „tylko nocą wiersze piszę”… 

Niemal całe dzieciństwo upłynęło mi nad rzeką Węgierką, pomiędzy średniowiecznym kościołem, w którym został ochrzczony święty Stanisław Kostka, a miejscem, gdzie w wiekach nowożytnych stał dwór przasnyskich starostów. W dworze tym jedną noc spędził podobno Napoleon Bonaparte, a na początku minionego stulecia zamieszkiwała go rodzina Ignacego Mościckiego. Czy żyjąc w takim punkcie na ziemi mogłem pozostać głuchy na sygnały, które wysyłała do mnie Wielka Historia? 

A przecież obrazy z przeszłości, tej stosunkowo niedawnej, wyłaniały się również z opowieści dziadka Kazimierza, rodowitego przasnyszaka, który pamiętał dobrze czasy sprzed pierwszej wojny, świętowanie urodzin cara w rosyjskiej jeszcze szkole („Boże , Caria chrani! Silnyj, dzierżawnyj, carstwuj na sławu, na sławu nam!”) i dźwięki dzwonów miejskiej cerkwi, interpretowane przez miejscowych łobuziaków jako „bliny, bliny, kapucyny, sukinsyny, bim, bam, bom!”. 

Nie kształtował mnie jedynie Przasnysz, drugą małą ojczyzną był Łaskarzew mojej mamy oraz dziadków Antoniego i Teofili, patriotyczne i zaangażowane w działania niepodległościowe „miasteczko szewców, gdzie gumy, kleje, spody znaczą chleb, a poddasza gromadzą wspomnienia”. Wreszcie okolice Mławy, Wieczfni, Dzierzgowa i obu Krzynowłóg: tam odnajdowałem ślady przeszłości rodzinnej, znane mi z opowieści babci Eugenii. 

Dzieciństwo i młodość upływały mi w domu moich rodziców, zawsze pełnym pacjentów – ludzkich i zwierzęcych. O zwierzętach w moim otoczeniu mógłbym rozwodzić się długo. Imiona czworonożnych przyjaciół – psów i kotów, a były ich dziesiątki – zachowuję we wdzięcznej pamięci. Obrazy ptactwa domowego i zwierząt futerkowych, ginących śmiercią gwałtowną, brutalną i skrajnie nieestetyczną, przywiodły mnie w bardzo młodym wieku do wegetarianizmu, co w okresie późnego PRL było w małomiasteczkowym środowisku szczytem ekstrawagancji. 

W ogrodzie i na placu przed domem organizowałem z braćmi, kuzynami, dziećmi sąsiadów i kolegami ze szkoły zabawy w wojnę, mecze improwizowanych drużyn piłkarskich, biegi i skoki lekkoatletyczne. Miłość do „królowej sportu” (notabene:  większych uzdolnień w tym kierunku nie przejawiałem) pozostała mi do dziś, w formie gromadzenia wyników sportowych i sporządzania różnego rodzaju zestawień statystycznych.  Mój dom rodzinny był zawsze pełen muzyki, od pokoleń uprawianej, amatorsko i profesjonalnie, przez różnych familiantów. Nic dziwnego, że moi bracia osiągnęli w tej dziedzinie najwyższe stopnie wtajemniczenia.

Uczęszczałem do Państwowego Przedszkola nr 1 przy ulicy Świerczewo, zorganizowanego w budynku sióstr szarytek, pracowitych jak mróweczki i wtedy już nie noszących efektownych skrzydlatych kornetów. Szkołę podstawową ukończyłem na nowym osiedlu mieszkaniowym przy ulicy Orlika. Nosiła imię Tadeusza Kościuszki. Po latach, nie wiedzieć czemu, patronat ten zmieniony został na pretensjonalne „Noblistów Polskich”, co utrzymało się także po ostatniej reformie edukacji. Kolejną moją „uczelnią” był przasnyski KEN, jak w skrócie bywa nazywane, sięgające tradycjami lat dwudziestych, miejscowe liceum ogólnokształcące. Maturę zdawałem na rok przed przełomowymi wyborami czerwcowymi. Wyniesiona ze szkoły niechęć do zrzeszania się (należałem jedynie do Ligi Ochrony Przyrody i bardzo krótko – do harcerstwa) pozostała mi na długie lata. Mój dziecięcy protest przeciwko juncie Jaruzela przejawiał się nie tylko w kontestowaniu upolitycznionych organizacji, działających w ówczesnym szkolnictwie, ale i w zbliżeniu do Kościoła. I w odmowie uczestniczenia, od piątej klasy szkoły podstawowej, w obowiązkowych wtedy pochodach pierwszomajowych. Raz czy dwa skutkowało to obniżoną oceną ze sprawowania.  

Po maturze i kilkumiesięcznej pracy w muzeum w Przasnyszu, wstąpiłem na Uniwersytet Warszawski. Jako dawny laureat szkolnych i rejonowych konkursów wybrałem Wydział Historyczny oraz Katedrę Etnologii i Antropologii Kulturowej. Warunki mieszkaniowe miałem idealne, mieszkałem u babci, przy ulicy Grójeckiej. Zapisałem się do NZS, uczestniczyłem w kilku demonstracjach politycznych przełomowego 1989 roku (m. in. pod ambasadą Rumunii, gdzie poznałem Wojciecha Ziembińskiego) oraz w okresie późniejszym. Ale znowuż – nad życie studenckie przedkładałem zainteresowanie sprawami przasnyskimi i w niemal każdy weekend pojawiałem się w mieście nad Węgierką. Zostałem członkiem redakcji „Ziemi Przasnyskiej”, a przez kilkanaście miesięcy – redaktorem naczelnym tego czasopisma. Moja praca magisterska o kapliczkach i krzyżach przydrożnych też dotyczyła Przasnysza i okolic. Promotorem była początkowo dr hab. Anna Kunczyńska-Iracka, a po jej śmierci - prof. dr hab. Marian Pokropek, z którym zdarzało mi się współpracować także w ostatnich latach.   

Po ukończeniu studiów osiadłem w Przasnyszu, gdzie ponownie pracowałem w miejscowym Muzeum Historycznym. Dorabiałem do skromnej pensji, pisząc do gazet lokalnych, prowadziłem też przez dwa lata kronikę starostwa powiatowego. W 2000 roku zostałem kierownikiem przasnyskiej placówki muzealnej, znoszącej uciążliwy alians z ostrołęckim Muzeum Kultury Kurpiowskiej. Tym razem nie było wyjścia – zaangażowałem się społecznie. I to na całego! Trudno wymienić wszystkie organizacje i instytucje, z którymi przez lata współpracowałem. Nie będę tego czynił, bo tekst rozrósłby się o dalszych kilka stron i zrobiłby się niestrawny nawet dla najbardziej życzliwego czytelnika. Zorganizowałem dziesiątki wystaw, większość według mojego scenariusza, prowadziłem niezliczone imprezy kulturalne, napisałem kilka książek i setki artykułów popularnonaukowych. 

Okoliczności zakończenia pracy w Muzeum Historycznym w Przasnyszu nie chciałbym tu analizować, to sprawy wciąż dla mnie trudne. Dziś pozostaję prezesem Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Przasnyskiej i Oddziału Północno-Mazowieckiego Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego, członkiem zarządu Związku Literatów na Mazowszu, przewodniczącym Rady Redakcyjnej „Rocznika Przasnyskiego” i członkiem Rady Dziedzictwa Regionalnego przy Burmistrzu Przasnysza. Póki co, trzymam się swojego miejsca rodzinnego, wierząc uparcie w odmianę losu. Niedawno obroniłem w Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku rozprawę doktorską pn. „Dekanat przasnyski w latach 1914-1945”, napisaną pod kierunkiem prof. dr. hab. Janusza Szczepańskiego. Może jest to dobry prognostyk na drugie pięćdziesięciolecie?    

Tekst opublikowany w tomie "To przemijanie ma sens", wydanym w 2019 r. pod redakcją Bożenny Beaty Parzuchowskiej (s. 103-105).